
— To brat Hancer… Co on tutaj robi? Dlaczego jej szuka?
Cihan nie odpowiedział. Podszedł do okna, odsunął zasłonę i spojrzał na podjazd. Nie widział jeszcze całej bramy, ale słyszał krzyki, które niosły się po dziedzińcu i odbijały od kamiennych ścian rezydencji.
— Wyjdź, Cihan! — ryczał Cemil. — Nie odjadę stąd, dopóki nie zobaczę Hancer!
Cihan puścił zasłony:
— Skoro tak bardzo chce mnie zobaczyć, dostanie to, czego chce. — Nie wychodź! — błagała Mukadder. — On brzmi, jakby był zdolny do wszystkiego! Wezwij ochronę! Nie próbuj sam z nim rozmawiać! — Mam siedzieć w sypialni i słuchać, jak jakiś człowiek grozi mojej rodzinie przed moim własnym domem? — Nie wiesz, co ma przy sobie! — I właśnie dlatego muszę zejść na dół.
Mukadder wyciągnęła ku niemu drżącą dłoń:
— Cihan, proszę cię, nie doprowadzaj do kolejnej tragedii…
Mężczyzna spojrzał na nią chłodno, lecz w jego oczach pojawił się cień troski:
— Zostań w łóżku, nie próbuj wstawać. Zamknij drzwi i nie wychodź, dopóki nie powiem, że jest bezpiecznie. — Synu…
Cihan był już przy drzwiach. Kolejny wrzask Cemila rozdarł ciszę domu:
— Słyszysz mnie?! Wyjdź i powiedz, gdzie ją ukryłeś!
Cihan gwałtownie otworzył drzwi:
— Przekonamy się, czy będzie równie odważny, kiedy stanie przede mną — rzucił, po czym opuścił sypialnię.
Mukadder patrzyła za nim z przerażeniem. Kiedy drzwi się zamknęły, zacisnęła dłonie na kołdrze i zaczęła cicho szeptać modlitwę.
Przed bramą rezydencji stał Cemil. Jego włosy były rozczochrane, koszula pognieciona, a twarz czerwona od gniewu i zmęczenia. W jednej dłoni trzymał duży, czerwony kanister, drugą wymachiwał w stronę domu, nie zwracając uwagi na ochronę ani na pracowników, którzy z bezpiecznej odległości próbowali go uspokoić.
— Nie zbliżajcie się do mnie! — krzyczał. — Chcę tylko odzyskać siostrę! — Proszę odstawić kanister — odezwał się jeden z pracowników. — Porozmawiamy spokojnie… — Nie będę z tobą rozmawiał! Gdzie jest Cihan?!
Wewnątrz rezydencji, za szerokimi, przeszklonymi drzwiami frontowymi, stały Beyza, Gülsüm, Fadime i Aysu. Żadna z nich nie miała odwagi wyjść na zewnątrz. Aysu zasłaniała usta dłonią:
— Czy tam naprawdę jest benzyna? — zapytała drżącym głosem.
Fadime przyciągnęła ją do siebie:
— Nie patrz na niego. Odsuń się od szyby. — Ale on podpali dom! — Nie wolno nam panikować — powiedziała Gülsüm, choć sama była blada jak ściana. — Ktoś na pewno zadzwonił już po policję.
Beyza nie odrywała wzroku od Cemila. Z daleka widziała obłąkańczą determinację w jego oczach:
— To wszystko przez Hancer — wyszeptała z goryczą. — Nawet kiedy jej tutaj nie ma, sprowadza na nas nieszczęście.
Fadime spojrzała na nią z niedowierzaniem:
— Teraz nie czas na oskarżenia! — A kiedy będzie czas?! Kiedy spłoniemy we własnym domu?!
W tej chwili na schodach pojawił się Cihan. Schodził szybko, trzymając jedną dłoń na poręczy. Jego twarz była napięta, ale krok pozostawał pewny. Beyza natychmiast podbiegła do niego:
— Cihan, nie wychodź! To brat Hancer! Ma kanister z benzyną i zachowuje się jak szaleniec! — Widzę. — Powinniśmy zamknąć drzwi! Policja zaraz przyjedzie!
Cihan spojrzał przez szybę na Cemila:
— On nie przyszedł tu rozmawiać z policją. Przyszedł po mnie. — Tym bardziej nie powinieneś wychodzić! — Beyza, odsuń się.
Kobieta chwyciła go za ramię:
— Nie możesz zostawić nas samych, kiedy on stoi kilka metrów od wejścia z benzyną!
Cihan uwolnił rękę:
— Właśnie dlatego wychodzę. Dopóki będzie skupiony na mnie, nie spróbuje dostać się do środka. — A jeśli cię zaatakuje? — To mój problem. — Cihan odwrócił się do pozostałych kobiet: — Wszystkie zostajecie w domu. Zamknijcie drzwi natychmiast, kiedy wyjdę. Nie otwierajcie ich, niezależnie od tego, co usłyszycie. — Cihan… — zaczęła Fadime. — To nie jest prośba! Aysu spojrzała na niego z przerażeniem: — A co z Mukadder? — Jest w sypialni. Nie pozwólcie jej zejść na dół.
Cemil uderzył dłonią w metalową bramę:
— Cihan! Ile jeszcze będziesz się ukrywał?!
Cihan podszedł do drzwi:
— Już idę.
Otworzył je i wyszedł na podjazd. Fadime szybko zamknęła je za nim. W domu rozległ się odgłos przekręcanego zamka. Cihan szedł w stronę Cemila powoli, nie spuszczając z niego wzroku.
— Chciałeś mnie zobaczyć? — powiedział. — Jestem.
Cemil zacisnął palce na uchwycie kanistra:
— Gdzie jest moja siostra?! — Nie ma jej tutaj. — Kłamiesz! — Przyjechałeś pod mój dom, krzyczysz, straszysz kobiety i trzymasz w ręku kanister z benzyną… A mimo to oczekujesz, że będę ti się tłumaczył? — Nie obchodzi mnie, co o mnie myślisz! Chcę wiedzieć, gdzie jest Hancer!
Cihan zatrzymał się kilka kroków od niego:
— Powiedziałem ci: nie ma jej na terenie tej posesji. — Wiem, do czego jesteś zdolny! Najpierw zniszczyłeś jej życie, potem wyrzuciłeś ją ze swojego domu, a teraz ją ukrywasz! — Sam słyszysz, jak absurdalnie to brzmi? — Nie próbuj robić ze mnie głupca! — Nie muszę próbować.
Cemil ruszył gwałtownie do przodu, lecz Cihan nawet nie drgnął:
— Uważaj na słowa! — warknął Cemil. — A ty uważaj, gdzie stawiasz kolejny krok.
Obaj mężczyźni stali naprzeciw siebie, oddzieleni zaledwie kilkoma metrami. Przez szybę obserwowały ich przerażone kobiety.
W skromnym mieszkaniu po drugiej stronie miasta Hancer stała przy oknie. Delikatnie odsunęła zasłonę i spojrzała na ulicę. Nie wiedziała, czego właściwie wypatruje — może samochodu Cemila, może policji, może kogoś, kto przyniesie jej wiadomość, że wszystko jest już w porządku.
Jej dłonie drżały. Od chwili, gdy Melih przywiózł ją do tego mieszkania, nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. Chodziła od okna do drzwi, potem siadała na kanapie, by po kilku sekundach znów wstać. Czuła się jak więzień własnego strachu.
— Nie powinien wiedzieć, gdzie jestem… — wyszeptała. — Nie może mnie znaleźć.
Za jej plecami pojawił się Melih:
— Nadal nikogo nie ma na ulicy.
Hancer puściła zasłonę:
— Znam Cemila. On się nie podda. Będzie mnie szukał wszędzie. — Tutaj cię nie znajdzie. — A co zrobi, kiedy mnie nie znajdzie? Pojedzie do Cihana.
Melih nie odpowiedział. Jego milczenie wystarczyło, by Hancer odczytała prawdę:
— Pojechał tam, prawda?… Melih, wiedziałeś?! — Podejrzewałem.
Dziewczyna cofnęła się o krok:
— Dlaczego mi nie powiedziałeś?! — Bo natychmiast pobiegłabyś za nim! — Muszę go powstrzymać! — Właśnie dlatego ti nie powiedziałem!
Hancer chwyciła telefon:
— Zadzwonię do niego! — Nie odbierze. — Spróbuję!
Jej palce z trudem odnalazły numer brata. Przez kilka sekund słychać było sygnał połączenia, potem następny i następny. Cemil nie odpowiedział.
— Odbierz, proszę, odbierz… — szeptała.
Połączenie zostało przerwane. Hancer spojrzała na Meliha, a jej twarz pobladła:
— On zrobi coś strasznego…
Przed rezydencją Cihan wciąż próbował zachować kontrolę nad sytuacją:
— Odejdź, zanim przekroczysz granicę, zza której nie będzie powrotu — powiedział stanowczo.
Cemil roześmiał się gorzko:
— Ty chcesz mówić mi o granicach?! Człowiek, który odebrał mojej siostrze spokój, honor i przyszłość?! — Nie znasz nawet połowy tego, co wydarzyło się między mną a Hancer. — Wiem wystarczająco dużo! Wiem, jak wróciła do naszego domu! Wiem, jak płakała nocami! Wiem, że bała się nawet wypowiedzieć twoje imię!
Słowa te uderzyły Cihana mocniej, niż chciał pokazać. Jego spojrzenie na moment straciło chłód, lecz szybko odzyskał nad sobą panowanie:
— Skoro tak bardzo troszczysz się o siostrę, powinieneś się zastanowić, dlaczego uciekła również przed tobą.
Cemil zamarł:
— Co powiedziałeś? — Hancer nie ma u mnie. Nie wróciła do ciebie. To powinno ci coś powiedzieć. — Zamknij się! — Może nie ucieka przede mną. Może ucieka przed własnym bratem. — Zamknij się! — Człowiek, który kocha siostrę, nie zmusza jej do życia w strachu! Nie śledzi jej, nie krzyczy na nią i nie traktuje jej jak swojej własności!
Cemil z całej siły cisnął kanister na ziemię, ale nadal trzymał jego uchwyt:
— Nie masz prawa mnie pouczać! — Mam prawo bronić ludzi znajdujących się w moim domu. — Oddaj Hancer, a odejdę! — Nie mogę oddać ci osoby, której tutaj nie ma! — Kłamiesz! Zawsze kłamiesz! — Więc czego ode mnie chcesz?! Mam wyczarować ją przed bramą?!
Cemil wskazał na rezydencję:
— Jest tam! Czuję to! Ukryłeś ją w którymś pokoju, a teraz próbujesz zyskać na czasie! — Możesz wierzyć we własne urojenia, ale nie pozwolę ci terroryzować mojej rodziny.
Cemil spojrzał na przeszklone drzwi. Zobaczył Beyzę, Fadime, Gülsüm i Aysu. Ich przerażenie zdawało się tylko podsycać jego desperację.
— Nie odejdę bez Hancer! — W takim razie odejdziesz stąd w kajdankach. — Nie boję się policji! — Powinieneś zacząć bać się samego siebie.
Przez krótką chwilę Cemil wyglądał, jakby się zawahał. Jego wzrok padł na kanister. Potem ponownie spojrzał na Cihana:
— Ostatni raz pytam: gdzie jest moja siostra? — A ja ostatni raz odpowiadam: nie ma jej tutaj.
Hancer stała pośrodku pokoju, przyciskając telefon do piersi:
— Cemil myśli, że jestem u Cihana — powiedziała. — Jestem tego pewna. — Nawet jeśli pojechał do rezydencji, Cihan sobie z nim poradzi. — Nie rozumiesz… Kiedy Cemil wpada w gniew, niczego nie słyszy, nie myśli o konsekwencjach. Widzi tylko własną krzywdę. — Tym bardziej nie możesz tam jechać! — Jeżeli przeze mnie komuś coś się stanie… — To nie będzie twoja wina.
Hancer spojrzała na niego ze łzami w oczach:
— Wszystko zaczęło się ode mnie. — Nie zaczęło się od ciebie, tylko od ludzi, którzy uznali, że mają prawo decydować za ciebie. — On jest moim bratem… — Brat powinien cię chronić, a nie sprawiać, że boisz się wrócić do domu. — Cemil nie zawsze taki był. — Być może, ale dzisiaj jest niebezpieczny.
Hancer znów wybrała jego numer. Tym razem telefon Cemila był zajęty:
— Z kim rozmawia? — zapytała nerwowo. — Może ktoś próbuje go uspokoić? Albo grozi Cihanowi…
Melih podszedł bliżej:
— Posłuchaj mnie. Tu jesteś bezpieczna. Nikt nie wie, gdzie się ukrywasz. Nie możesz wyjść tylko dlatego, że czujesz się winna za zachowanie dorosłego mężczyzny! — A jeśli podpali dom?!
Melih spojrzał na nią zaskoczony:
— Dlaczego miałby to zrobić? — Bo kiedy rano wybiegł, zabrał kanister z garażu!
W pokoju zapadła cisza.
— Jaki kanister? — zapytał Melih. — Czerwony… Trzymaliśmy w nim benzynę do kosiarki.
Melih pobladł. Hancer zobaczyła zmianę na jego twarzy:
— Wiedziałeś, że go zabrał?! — Nie… Musimy tam jechać. — Hancer, on ma benzynę! Nie będę siedzieć tutaj i czekać, aż ktoś zadzwoni z wiadomością, że w rezydencji wydarzyła się tragedia!
Dziewczyna ruszyła w stronę drzwi, ale Melih zastąpił jej drogę:
— Pojawienie się przed Cemilem tylko pogorszy sytuację! — Zejdź mi z drogi! — Nie mogę! — Melih, proszę! To moja rodzina! Cihan też tam jest, pracownicy, kobiety, Mukadder… Jeśli Cemil zobaczy ciebie, może całkowicie stracić kontrolę! — Już ją stracił!
Na podjeździe Cemil nagle uklęknął przy kanistrze. Cihan zrobił krok do przodu:
— Nie rób tego.
Cemil odkręcił nakrętkę. Ostry zapach benzyny natychmiast rozszedł się w powietrzu.
— Cemil — powiedział Cihan znacznie ciszej. — Zastanów się. — Ty nie zastanawiałeś się, kiedy niszczyłeś życie Hancer! — Odłóż kanister! — Wyprowadź ją z domu! — Nie ma jej tam!
Cemil przechylił pojemnik. Pierwszy strumień benzyny rozlał się po kostce brukowej. Ciecz szybko popłynęła w kierunku schodów i frontowych drzwi. Wewnątrz domu Aysu wydała z siebie przeraźliwy krzyk:
— On wylewa benzynę!
Fadime rzuciła się w stronę drzwi, lecz Beyza chwyciła ją za rękę:
— Nie otwieraj! Cihan jest na zewnątrz! Jeśli otworzysz, ten człowiek może wedrzeć się do środka!
Gülsüm zaczęła gorączkowo szukać telefonu:
— Gdzie jest ochrona?! Dlaczego nikt go nie zatrzymuje?! — Boją się, że podpali benzynę! — odpowiedziała Beyza.
Aysu uderzyła obiema dłońmi w szybę:
— Cemil, przestań, błagam!
Mężczyzna nawet na nią nie spojrzał. Rozlewał paliwo szerokim łukiem przed wejściem, tworząc łatwopalną barierę. Cihan ruszył ku niemu:
— Jeszcze jeden ruch, a pożałujesz!
Cemil poderwał się i cofnął kanister:
— Nie podchodź! Myślisz, że benzyna zapewnia ti przewagę?! Stań tam!
Cihan zatrzymał się, widząc, że Cemil sięga do kieszeni:
— Czego szukasz?
Cemil wyciągnął niewielką zapalniczkę. Za szybą wybuchła panika.
— Nie! — krzyknęła Fadime.
Gülsüm zaczęła szarpać klamkę, jakby chciała wybiec, lecz Beyza i Aysu ją powstrzymały.
— Nie otwierajcie! — zawołał Cihan, nie odrywając wzroku od Cemila. — Zostańcie w środku! — Przyprowadź Hancer! — wrzasnął Cemil. — Nie przyprowadzę jej, bo jej tutaj nie ma!
Cemil uniósł zapalniczkę:
— Masz pięć sekund. — Posłuchaj własnego głosu! Grozisz spaleniem niewinnych ludzi, by zmusić nieobecną kobietę do wyjścia z domu, w którym jej nie ma! — Pięć! — Odłóż to. — Cztery! — Cemil, to ostatnia szansa. — Trzy!
Cihan napiął mięśnie, przygotowując się do skoku.
— Dwa…
Kciuk Cemila przesunął się po metalowym kółku. Rozległo się charakterystyczne kliknięcie. Mały płomień zatańczył nad zapalniczką.
Hancer wpatrywała się w telefon, gdy nagle zadzwoniła Aysu:
— Aysu?! — odebrała natychmiast. — Co się dzieje?!
Po drugiej stronie słychać było krzyki i płacz:
— Hancer, twój brat jest przed domem! Ma benzynę!
Dziewczyna oparła się o ścianę:
— Wiedziałam… — Chce podpalić wejście! Cihan próbuje go zatrzymać! — Daj mi go! Daj telefon Cemilowi! — Nie mogę wyjść! Drzwi są zamknięte, a wszędzie jest benzyna!
Hancer zaczęła płakać:
— Powiedz mu, że mnie tam nie ma! Powiedz, że jestem bezpieczna! — Mówimy mu, ale nie wierzy! — W tle rozległ się wrzask Beyzy: — Rzuci zapalniczkę!
Połączenie nagle się urwało.
— Aysu?! Aysu?!
Hancer odsunęła telefon od ucha. Przez moment stała nieruchomo, jakby jej ciało odmówiło posłuszeństwa. Potem rzuciła się do drzwi. Melih próbował ją zatrzymać:
— Hancer, nie! — On ich spali! — Zadzwońmy na policję! — Nie zdążą! — Nie możesz stanąć pomiędzy dwoma rozwścieczonymi mężczyznami! — To przeze mnie Cemil tam pojechał! — To nie jest twoja odpowiedzialność!
Hancer chwyciła klamkę:
— Jeżeli dzisiaj komuś stanie się krzywda, nigdy sobie tego nie wybaczę!
Melih zobaczył w jej spojrzeniu, że nie zdoła jej przekonać. Sięgnął po kluczyki:
— Dobrze, jadę z tobą. — Nie musisz! — Nie pozwolę ti jechać samej!
Zbiegli po schodach. Hancer poruszała się tak szybko, że omal nie upadła na ostatnich stopniach. Melih chwycił ją za łokieć, pomógł odzyskać równowagę i poprowadził do samochodu.
— Zapnij pas — rozkazał. — Jedź! — Zapnij pas, Hancer!
Dziewczyna wykonała polecenie drżącymi dłońmi. Samochód ruszył z piskiem opon.
Przed rezydencją płomień zapalniczki nadal drżał w dłoni Cemila.
— Rzuć ją na ziemię — powiedział Cihan. — Cofnij się! — Nie powiem… Cofnij się! — A ja powiedziałem, żebyś ją zgasił!
Z wnętrza domu dobiegały krzyki kobiet.
— Cemil, błagamy! — wołała Fadime. — My nie mamy nic wspólnego z zaginięciem Hancer!
Aysu przycisnęła twarz do szyby:
— Pomyśl o swojej siostrze! Co poczuje, kiedy dowie się, co zrobiłeś?!
Na moment w oczach Cemila pojawiło się wahanie. Cihan dostrzegł je natychmiast:
— Jeszcze możesz odejść. Zostaw kanister, zgaś zapalniczkę i odejdź. — Nie bez Hancer! — Nie znajdziesz jej tutaj! — Kłamca!
Cemil zamachnął się i rzucił płonącą zapalniczkę. Wydawało się, że przez ułamek sekundy czas stanął. Niewielki przedmiot obrócił się w powietrzu, uderzył o kostkę brukową i wpadł w rozlaną benzynę.
Ogień wybuchł z gwałtownym sykiem. Płomienie natychmiast rozbiegły się po mokrej powierzchni, tworząc wysoką, pomarańczową ścianę. Gorąco uderzyło w szklane drzwi. Kobiety cofnęły się z krzykiem.
— Pożar! — wrzasnęła Gülsüm.
Beyza przewróciła niewielki stolik, próbując odsunąć się od wejścia. Fadime objęła Aysu, osłaniając ją własnym ciałem.
Cihan rzucił się na Cemila. Obaj upadli na ziemię kilka metrów od ognia. Kanister wypadł z dłoni Cemila i potoczył się po podjeździe. Cihan przycisnął go do kostki, wykręcając mu rękę:
— Coś ty zrobił?! — krzyknął.
Cemil próbował się wyrwać:
— Puść mnie! — Mogłeś ich zabić! — Oddaj mi siostrę!
Cihan uderzył jego ramię o ziemię:
— Hancer nie ma w tym domu!
Płomienie rosły. Za szybą kobiety kaszlały, choć dym nie przedostał się jeszcze do środka. Wysoka temperatura sprawiała jednak, że nikt nie odważył się zbliżyć do drzwi.
— Cihan! — krzyczała Beyza. — Odsuń się od ognia!
Mężczyzna nie puszczał Cemila:
— Spójrz na to! — warknął mu do ucha. — To jest twoja miłość do siostry?! Tak chcesz ją odzyskać?! Podpalając dom pełen niewinnych ludzi?! — Ona jest tam przez ciebie! — Nie ma jej! — Kłamiesz! — Wkrótce sam się przekonasz!
Melih prowadził tak szybko, jak pozwalała droga. Hancer siedziała obok, nerwowo ściskając telefon:
— Aysu nie odbiera… Może nie słyszy telefonu albo coś się stało… — Nie myśl w ten sposób. — Widziałeś kiedyś, jak szybko rozprzestrzenia się benzyna? Wystarczy jedna iskra… — Hancer, oddychaj spokojnie. — Jak mam oddychać spokojnie?! Moja matka, gdyby żyła, nie poznałaby Cemila! Kiedyś troszczył się o wszystkich, kiedyś potrafił słuchać… — Rozpacz i gniew zmieniają ludzi. — A może to ja go zmieniłam? Ciągle przynosiłam mu problemy: mój ślub, rozwód, ciąża, powrót do domu…
Melih gwałtownie spojrzał na nią:
— Nigdy więcej tak nie mów. Nie jesteś problemem. — Dla każdego jestem ciężarem. — Dla mnie nie.
Hancer odwróciła twarz w stronę okna:
— Nie znasz mnie wystarczająco dobrze. — Znam cię lepiej, niż myślisz. Wiem, że bierzesz na siebie winę za każde nieszczęście, nawet za decyzje ludzi, nad którymi nie masz żadnej kontroli. — Przyspiesz… — Już jadę za szybko! — Proszę…
Melih mocniej nacisnął gaz. Kiedy zbliżali się do dzielnicy, w której znajdowała się rezydencja, Hancer zobaczyła unoszący się nad drzewami biały i szary dym.
— Tam! — krzyknęła. — Dym! — Widzę… — On to zrobił! — Nie wiemy jeszcze, co się stało. — Znam Cemila… Wiem.
Pracownik rezydencji wybiegł z bocznego budynku z dużą gaśnicą. Inny mężczyzna ciągnął za sobą wąż ogrodowy, ale było jasne, że woda może tylko roznieść płonącą benzynę.
— Nie lejcie wody! — krzyknął Cihan. — Użyjcie gaśnicy!
Pracownik wyciągnął zawleczkę i skierował dyszę ku płomieniom. Gęsta, biała chmura środka gaśniczego pokryła podjazd. Ogień na chwilę przygasł, po czym ponownie poderwał się w kilku miejscach.
— Jeszcze! — rozkazał Cihan.
Mężczyzna przesuwał strumień od krawędzi ku środkowi płonącej plamy. Po kilkunastu sekundach najwyższe płomienie zniknęły. Pozostały mniejsze języki ognia przy schodach. Drugi pracownik przyniósł kolejną gaśnicę. Wkrótce podjazd pokryła warstwa białego proszku. Ogień został zduszony, a wejście do rezydencji otoczył gęsty obłok dymu i pyłu.
Cihan podniósł Cemila z ziemi i odepchnął go w stronę domu:
— Idziemy. — Nigdzie z tobą nie pójdę! — Pójdziesz! Puść mnie!
Cihan chwycił go za kołnierz:
— Chciałeś znaleźć Hancer. Teraz przeszukasz każdy pokój.
Cemil spojrzał na niego zdezorientowany:
— Co? — Wejdziesz do środka i sam zobaczysz, że jej tam nie ma. — Mogłeś kazać jej uciec tylnym wyjściem! — Dokąd?! W ciągu kilku minut, kiedy stałem przed tobą?!
Cemil zacisnął usta. Cihan popchnął go ku wejściu:
— Kiedy nie znajdziesz Hancer, spojrzysz w oczy każdej osobie, którą próbowałeś spalić!
Samochód Meliha zatrzymał się kilkadziesiąt metrów od bramy. Dalej drogę blokowali pracownicy ochrony i kilka zaparkowanych pojazdów. Hancer wyskoczyła z auta, zanim Melih zdążył wyłączyć silnik.
— Hancer, zaczekaj!
Pobiegła w stronę ogrodzenia. Z daleka zobaczyła biały dym unoszący się nad podjazdem. Poczuła zapach spalenizny i chemicznego proszku z gaśnicy.
— Cemil! — krzyknęła.
Melih dogonił ją i chwycił za ramię:
— Nie wchodź tam! — Muszę zobaczyć, czy żyją! — Ogień został ugaszony! — Skąd wiesz?! — Nie ma już płomieni, widzisz tylko dym!
Hancer próbowała się wyrwać:
— Cihan może być ranny! Fadime, Aysu, Mukadder… — Zaczekaj! Jeśli teraz podejdziesz do bramy, Cemil cię zobaczy! Cała ta sytuacja zacznie się od nowa! — Ale on ich zaatakował przeze mnie! — Właśnie dlatego musisz zachować spokój!
Hancer spojrzała przez pręty ogrodzenia. Widziała poruszające się w oddali postacie, ale nie potrafiła rozpoznać twarzy.
— To mój brat… — wyszeptała. — Mój własny brat podpalił dom…
Melih stanął przed nią:
— Posłuchaj mnie. Nie możesz teraz tam wejść. Cihan opanował sytuację, pracownicy są na miejscu, policja prawdopodobnie już jedzie. — A jeśli Cihan zrobi Cemilowi krzywdę?! — Cemil właśnie próbował podpalić jego rodzinę. Cihan ma prawo być wściekły. — Nie chcę kolejnej tragedii! — W takim razie pozwólmy im zakończyć tę konfrontację bez twojej obecności.
Hancer opuściła głowę. Łzy spływały po jej policzkach:
— Zawsze ktoś cierpi z mojego powodu…
Melih delikatnie ścisnął jej ramiona:
— Nie z twojego powodu. Z powodu ich wyborów.
Cihan wepchnął Cemila przez zadymione wejście do środka. Beyza natychmiast stanęła mu na drodze:
— Zwariowałeś?! Dlaczego wpuszczasz go do domu?! — Odsuń się. — Ten człowiek próbował nas spalić! Chce znaleźć Hancer, niech szuka jej w więzieniu!
Cemil spojrzał na kobiety. Dopiero teraz, widząc ich zapłakane twarze i drżące dłonie, zaczął rozumieć rozmiar tego, co zrobił. Aysu ukrywała się za Fadime, Gülsüm trzymała się poręczy schodów, by nie upaść, a Beyza patrzyła na niego z czystą nienawiścią.
Cihan pchnął Cemila na środek holu:
— Przeszukaj dom.
Cemil uniósł wzrok:
— Co? — Słyszałeś. Idź do każdego pokoju. Zajrzyj do sypialni, gabinetów, łazienek i pomieszczeń gospodarczych. Sprawdź ogród zimowy, kuchnię i piwnicę. — Nie potrzebuję twojego pozwolenia! — Jeszcze minutę temu byłeś gotów zabić ludzi, bo twierdziłeś, że ukrywam Hancer. Teraz daję ci możliwość znalezienia jej. Dlaczego się wahasz?
Cemil rozejrzał się po ogromnym holu:
— Mogłeś kazać jej uciec tylnym wyjściem. — Tył domu jest obserwowany przez pracowników. Nikt stąd nie wyszedł. — Nie wierzę ci. — W takim razie szukaj!
Beyza zrobiła krok w stronę Cihana:
— Nie zgadzam się! Nie pozwolę, żeby ten człowiek chodził po moim domu!
Cihan spojrzał na nią:
— Im szybciej przeszuka pokoje, tym szybciej stąd zniknie. — A jeśli coś zniszczy?! — Nie odważysz się niczego dotknąć — powiedział Cihan do Cemila. — Jeden niepotrzebny ruch i osobiście oddam cię policji w stanie, w którym długo nie zapomnisz dzisiejszego dnia.
Cemil spojrzał mu prosto w oczy, lecz nie odpowiedział. Ruszył w stronę bocznego korytarza. Fadime obserwowała go z pogardą:
— Obyś zobaczył, jak bardzo się pomyliłeś…
Cemil zatrzymał się na chwilę, lecz nie odwrócił głowy:
— Nie prosiłem o twoją opinię. — A my nie prosiłyśmy, żebyś próbował nas spalić!
Cemil odszedł bez słowa. Przez kolejne minuty przeszukiwał kolejne pomieszczenia: otwierał drzwi sypialni gościnnych, zaglądał do garderób, sprawdzał łazienki. W jednym z pokoi spotkał pracownicę, która na jego widok cofnęła się przerażona.
— Gdzie jest Hancer? — zapytał. — Nie wiem, nie widziałam jej tutaj od dawna.
Cemil ruszył dalej. Zajrzał do kuchni, potem do pralni, otworzył drzwi prowadzące do ogrodu. Sprawdził nawet przestrzeń pod schodami i niewielki magazyn. Hancer nie było. Z każdym kolejnym pustym pokojem jego gniew słabł, ustępując miejsca narastającemu wstydowi.
Kiedy wrócił do głównego holu, nie przypominał już mężczyzny, który kilka minut wcześniej krzyczał przed bramą. Ramiona miał opuszczone, a twarz pozbawioną koloru. Cihan czekał na niego przy schodach:
— Znalazłeś ją?
Cemil milczał.
— Pytam, czy znalazłeś Hancer? — Nie…
Jedno krótkie słowo zawisło w powietrzu. Beyza prychnęła pogardliwie:
— Oczywiście, że nie znalazł!
Gülsüm pokręciła głową:
— Niemal spalił dom przez własne urojenia…
Aysu wyszła zza pleców Fadime:
— Jak mogłeś?… Przecież znasz mnie od lat. Wiedziałeś, że jesteśmy w środku.
Cemil nie potrafił na nią spojrzeć. Fadime zrobiła krok do przodu:
— Gdyby gaśnica nie zadziałała, mogłybyśmy nie wydostać się z domu! Mukadder leży chora na górze! Czy o niej też pomyślałeś?!
Cemil poruszył ustami, ale nie wydobył z siebie głosu.
— Nic nie powiesz?! — zapytała Gülsüm. — Przed bramą krzyczałeś tak głośno, że słyszała cię cała dzielnica! — Wystarczy — powiedział Cihan.
W holu zapadła cisza. Cemil ruszył w stronę drzwi. Szedł powoli, ze spuszczoną głową, mijając kobiety, które patrzyły na niego z odrazą. Kiedy dotarł do wyjścia, Cihan stanął przed nim:
— Dokąd idziesz?
Cemil uniósł wzrok:
— Powiedziałeś, że mam przeszukać dom. Zrobiłem to. — I co odkryłeś? — Hancer tutaj nie ma. — Powiedz to głośniej.
Cemil zacisnął szczękę:
— Nie ma jej tutaj. — A jednak byłeś gotów podpalić ten dom! — Myślałem… — Nie myślałeś! Gdybyś myślał, nie przyszedłbyś z kanistrem benzyny! — Szukałem siostry! — Nie używaj jej jako usprawiedliwienia!
Cemil spojrzał na niego gniewnie:
— Nie wiesz, co czuję! — Wiem wystarczająco dużo. Czujesz, że masz prawo kontrolować Hancer tylko dlatego, że jesteś jej bratem. Uważasz, że możesz krzyczeć, grozić i niszczyć wszystko wokół, a później powiedzieć, że zrobiłeś to z miłości. — Nie wtrącaj się w moją rodzinę! — To ty przyszedłeś do mojej! — Cihan wskazał na spalone ślady widoczne za drzwiami. — Spójrz na podjazd! Spójrz na te kobiety! Zobacz, jak przez ciebie drżą! To jest twój honor?!
Cemil odwrócił głowę:
— Popełniłem błąd… — Błąd to rozbić szklankę. Ty świadomie rozlałeś benzynę i podpaliłeś wejście do domu! — Byłem wściekły! — Człowiek bez charakteru zawsze obwinia gniew! Człowiek honorowy ponosi odpowiedzialność za własne czyny!
Cemil zacisnął pięści:
— Uważaj… — Nadal mi grozisz? — Nie. — Dobrze, bo dzisiaj po raz ostatni przekroczyłeś próg tej posesji. — Cihan zbliżył się do niego: — Posłuchaj mnie bardzo uważnie: nigdy więcej nie przyjedziesz pod ten dom. Nie będziesz straszył mojej matki, moich pracowników ani żadnej z kobiet, które tutaj mieszkają. Nie podniesiesz głosu przed tą bramą. Nie zrobisz nawet jednego kroku na tym podjeździe bez mojego pozwolenia. — Nie możesz mi zakazać szukania siostry! — Szukaj jej, ale najpierw zastanów się, dlaczego przed tobą uciekła.
Cemil pobladł:
— Nie uciekła przede mną… — Więc gdzie jest? — Cemil nie odpowiedział. Cihan mówił dalej: — Nie ma jej u mnie, nie ma jej u ciebie. Ukryła się przed wszystkimi ludźmi, którzy próbowali decydować za nią. To powinno być dla ciebie najważniejszą odpowiedzią. Ona potrzebuje rodziny, potrzebuje spokoju. Jest moją siostrą, nie jest twoją własnością.
Cemil spuścił wzrok:
— Kiedy ją znajdę, zabiorę ją do domu. — Jeżeli nie będzie chciała wrócić, nie zmusisz jej. — Nie ty będziesz o tym decydował! — Ona zdecyduje.
Po raz pierwszy Cemil nie znalazł natychmiastowej odpowiedzi. Cihan otworzył drzwi. Do środka wtargnął zapach spalenizny i gaśniczego proszku.
— Odejdź.
Cemil zrobił krok na zewnątrz:
— Cihan, nie próbuj… — Po tym, co zrobiłeś, słowa nie mają żadnego znaczenia. Chciałeś tylko znaleźć Hancer, a niemal zabiłeś ludzi, którzy nie wiedzieli, gdzie ona jest.
Cemil zacisnął powieki:
— Nie wiedziałem… — Właśnie dlatego człowiek powinien myśleć, zanim rozpali ogień, którego nie potrafi kontrolować.
Cemil wyszedł. Jego sylwetka zniknęła w białym dymie unoszącym się jeszcze nad podjazdem. Cihan zamknął za nim drzwi i przekręcił zamek.
Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał. Aysu usiadła na najniższym stopniu schodów i zaczęła cicho płakać. Fadime objęła ją ramieniem. Gülsüm podeszła do okna, lecz kiedy zobaczyła osmalone kamienie, szybko się odwróciła.
Beyza spojrzała na Cihana:
— Powinieneś był oddać go policji. — Policja i tak z nim porozmawia. — A jeśli wróci? — Nie wróci. — Skąd możesz mieć pewność?
Cihan spojrzał przez szybę na oddalającego się Cemila:
— Bo dzisiaj po raz pierwszy zobaczył, że jego gniew nie prowadzi go do Hancer. Prowadzi go tylko do miejsca, w którym traci wszystko.
Beyza skrzyżowała ręce:
— Cały ten koszmar wydarzył się przez nią!
Cihan odwrócił się gwałtonie:
— Nie! Brat Hancer podpalił nasz dom, szukając Hancer! Jak możesz twierdzić, że ona nie ma z tym nic wspólnego?! — Odpowiedzialność ponosi człowiek, który rzucił zapalniczkę. — Zawsze jej bronisz! — Bronię prawdy.
Beyza chciała odpowiedzieć, lecz minął ją bez słowa i ruszył na górę, by sprawdzić stan Mukadder.
Kilka ulic dalej Hancer siedziała już ponownie w samochodzie Meliha. Zobaczyła, jak z rezydencji wychodzi samotny mężczyzna. Rozpoznała chód Cemila.
— To on… — wyszeptała.
Melih również go zobaczył:
— Nie zauważył nas.
Hancer patrzyła, jak jej brat idzie poboczem ze spuszczoną głową. Jeszcze nigdy nie widziała go tak złamanego. Nie krzyczał, nie wymachiwał rękami. Szedł powoli, jakby każdy krok wymagał od niego ogromnego wysiłku.
Hancer dotknęła klamki:
— Chcę z nim porozmawiać.
Melih położył dłoń na jej ręce:
— Nie. Teraz jest przed chwilą podpalił dom, w którym myślał, że się ukrywasz. — Może właśnie teraz mnie potrzebuje… — A może gdy cię zobaczy, znów zacznie krzyczeć i spróbuje zabrać cię siłą.
Hancer obserwowała Cemila, dopóki nie zniknął za zakrętem:
— Zawiozłeś mnie tutaj za późno… — Być może dzięki temu uniknęliśmy czegoś gorszego. — Jak może istnieć coś gorszego?! — Mogłaś stanąć między nim a Cihanem, kiedy płonęła benzyna.
Hancer przymknęła oczy:
— Cihan mógł zginąć… — wypowiedziała te słowa tak cicho, jakby bała się, że sam dźwięk jego imienia zdradzi wszystko, co nadal do niego czuła.
Melih spojrzał na nią, lecz nic nie powiedział.
— Zabierz mnie stąd — poprosiła. — Do mieszkania?
Hancer skinęła głową. Samochód ruszył.
Kiedy wrócili do kryjówki, Hancer weszła do salonu jak we śnie. Powoli zdjęła płaszcz, ale zamiast go odwiesić, pozwoliła mu opaść na podłogę. Melih zamknął drzwi:
— Przyniosę ti wody.
Hancer nie odpowiedziała. Usiadła na brzegu kanapy. Jej dłonie spoczęły na kolanach, lecz po chwili zaczęły drżeć tak mocno, że musiała je spleść. W głowie widziała ogień, choć sama nie była świadkiem momentu wybuchu. Wyobrażała sobie przerażoną Aysu, krzyczącą Fadime, chorą Mukadder na piętrze i Cihana stojącego przed płomieniami.
— To przeze mnie… — wyszeptała.
Melih zatrzymał się przy stole:
— Nie zaczynaj znowu. Cemil pojechał tam, bo cię szukał. To była jego decyzja. — Ukryłam się. Nie powiedziałam mu, gdzie jestem. Pozwoliłam mu myśleć, że Cihan mnie porwał albo uwięził! — Gdybyś powiedziała, gdzie jesteś, Cemil przyjechałby tutaj. — Może powinnam była z nim porozmawiać… — Próbowałaś. Nie słuchał.
Hancer zakryła twarz dłońmi:
— Mój Boże, co ja narobiłam?… — Jej ciało wstrząsnął szloch. — Co ja narobiłam?! Moja rodzina się rozpada! Cemil stał się kimś, kogo nie poznaję! Cihan każdego dnia walczy z kolejną katastrofą! Mukadder jest chora, wszyscy cierpią, a ja tylko uciekam!
Melih postawił szklankę na stole i usiadł obok niej:
— Ucieczka przed przemocą nie jest grzechem. — Ale zostawiłam ich samych! — Ocaliłaś siebie. — Czy mam prawo ratować siebie, kiedy inni przeze mnie płacą?! — Oni nie płacą za ciebie. Płacą za własne błędy, kłamstwa i gniew.
Hancer opuściła dłonie. Jej policzki były mokre od łez:
— Kiedy zobaczyłam dym, pomyślałam tylko o Cihanie… Bałam się, że już nigdy go nie zobaczę.
Melih spuścił wzrok:
— Nadal go kochasz?
Hancer nie zaprzeczyła:
— Nie powinnam… Uczuciom nie można wydawać rozkazów. On ma inne życie, inną żonę, dziecko, rodzinę, obowiązki, a ty masz własne życie, o które musisz walczyć.
Hancer położyła dłoń na brzuchu:
— Chciałam, żeby moje dziecko przyszło na świat w spokoju. Tymczasem od chwili, gdy dowiedziałam się o ciąży, wszystko staje się coraz bardziej niebezpieczne. — Dlatego musisz pozostać w ukryciu. — Jak długo? — Dopóki Cemil nie zrozumie, że nie może cię zmusić do powrotu. — A jeśli nigdy tego nie zrozumie?
Melih nie potrafił odpowiedzieć. Hancer ponownie ukryła twarz w dłoniach:
— Mój brat niemal spalił rezydencję człowieka, którego kiedyś nazywałam mężem… Czy może być coś bardziej przerażającego?
Melih patrzył na nią ze współczuciem. Chciał powiedzieć, że wszystko się ułoży, lecz wiedział, że takie słowa byłyby puste. Usiadł więc w milczeniu, pozostając obok.
Za oknem zapadał wieczór. Ulica była spokojna, jakby świat nie miał pojęcia o dramacie, który rozegrał się tego dnia. W rezydencji pracownicy usuwali ślady pożaru, Fadime uspokajała Aysu, Beyza wciąż oskarżała Hancer o sprowadzenie niebezpieczeństwa, a Mukadder modliła się, by gniew Cihana nie doprowadził go do kolejnych dramatycznych decyzji. Cemil samotnie przemierzał miasto, po raz pierwszy zmuszony zmierzyć się z prawdą, że własnymi działaniami mógł na zawsze stracić siostrę.
A Hancer siedziała na brzegu kanapy z dłonią opartą na brzuchu i sercem rozdartym między strachem o dziecko, troską o brata oraz uczuciem do mężczyzny, od którego próbowała odejść.
— Przepraszam — wyszeptała, choć nie wiedziała, czy mówi do swojego nienarodzonego dziecka, do Cemila, czy do Cihana. — Przepraszam was wszystkich…
Melih położył dłoń na jej ramieniu:
— Nie możesz naprawić wszystkiego jednej nocy. — A jeśli jest już za późno? — Dopóki wszyscy żyją, nie jest za późno.
Hancer spojrzała na niego przez łzy. Chciała uwierzyć, naprawdę chciała. Jednak w jej pamięci wciąż unosiły się kłęby dymu nad rezydencją, przypominając, że ogień można ugasić w ciągu kilku minut, lecz ślady, które pozostawia w ludzkich sercach, potrafią płonąć znacznie dłużej.